Organizator:

Witajcie w Derry. O sile grozy, przyjaźni i mroku u Stephena Kinga

Podziel się

W listopadzie 2025 roku, podczas pierwszej edycji Lubelskich Targów Książki, odbyła się rozmowa poświęcona jednej z najważniejszych powieści w dorobku Stephena Kinga — „To”. Hubert Spandowski, twórca serwisu stephenking.pl i podcastu Radio SK, Joanna Murawska, redaktorka portalu stephenking.pl, oraz Daniel Muniowski, współtwórca kanałów Strefa Czytacza i Potterownia, rozmawiali o fenomenie Derry, największych motywach obecnych w książce, ekranizacjach oraz o tym, dlaczego „To” Stephena Kinga wciąż pozostaje jedną z najczęściej komentowanych powieści grozy. To zapis rozmowy o horrorze, literaturze, przyjaźni, małym miasteczku i świecie, który od dekad przyciąga czytelników Kinga.

Jak zacząć przygodę z Kingiem?

Hubert Spandowski: Daniel, zacznę od ciebie. Od dłuższego czasu oglądam twoje materiały i mam wrażenie, że z Kingiem naprawdę zaprzyjaźniłeś się dopiero niedawno. Wcześniej, mówiąc delikatnie, nie było wam po drodze.

Daniel Muniowski: To prawda. Kiedy kilkanaście lat temu próbowałem czytać Kinga, najbardziej przeszkadzało mi właśnie to, co dziś uznaję za jego ogromną siłę. Zamiast szybkiej grozy dostawałem miasteczka, ludzi, relacje, codzienność. Ja wtedy chciałem potwora od razu, chciałem horroru w stylu filmowym, bez rozgrzewki, bez obyczajowego wstępu.

Z czasem jednak człowiek się zmienia. Zaczęło się od „Lśnienia”, później wróciłem do „To” i nagle odkryłem, że właśnie to, co kiedyś mnie odstraszało, najbardziej mnie wciąga. Nie sam potwór, tylko to, co dzieje się między ludźmi. Groza może przecież wynikać nie z bestii ukrytej w cieniu, ale z tego, co rozgrywa się w domu, w rodzinie, na szkolnym korytarzu.

HS: A punktem wyjścia do tej rozmowy jest przecież nowe wydanie „To”, przygotowane przez Albatrosa. Warto od razu podkreślić jedną rzecz: oba warianty to ta sama książka, pełna całość, a nie osobne tomy. Nawiązują do dwóch filmowych rozdziałów, ale każdy z nich zawiera kompletną powieść.

Joanna Murawska: I trzeba przyznać, że te wydania robią wrażenie. Po serii z barwionymi brzegami Albatros mocno podniósł poprzeczkę. Najpierw była trylogia pana Mercedesa, potem „Mroczna Wieża”, a teraz „To” w dwóch wersjach. Trudno się zdecydować, którą wybrać, bo obie wyglądają świetnie.

HS: Sama książka po raz pierwszy ukazała się w Polsce w 1993 roku. Przez lata miała różnych wydawców, wracała przy okazji kolejnych ekranizacji i stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych powieści Kinga. Paradoksalnie jednak jej wznowienia budzą emocje także dlatego, że to tytuł ikoniczny. Część czytelników zawsze pyta: „Dlaczego znowu To?”, a odpowiedź jest prosta: bo ta książka wciąż żyje.

Derry, Bangor i siła małych miasteczek

HS: Asiu, byłaś w Bangor, czyli w tym realnym mieście, które tak mocno przenika do fikcyjnego Derry. Jak wygląda zderzenie książki z rzeczywistością?

JM: To jest fascynujące doświadczenie, bo Bangor naprawdę bardzo wyraźnie odbija się w Derry. W książce Derry leży kilkadziesiąt kilometrów od Bangor, ale mieszkańcy samego Bangor bez problemu rozpoznają miejsca i wydarzenia przeniesione do powieści. Nazwy bywają zmienione, lecz topografia, klimat i konkretne punkty są czytelne.

Można zobaczyć stację pomp, okolice kanałów, miejsca przypominające Barrens, most związany z historią Charliego Howarda, cmentarz Mount Hope, który przewija się u Kinga nie tylko w „To”. Widać bardzo mocno, że Stephen King czerpie z tego, co zna. Z krajobrazu Maine, z lokalnych historii, z pamięci miejsca.

King nie ogranicza się zresztą do jednego miasta. Dorastał w Maine, mieszkał w różnych miejscowościach, a później korzystał z ich atmosfery w kolejnych książkach. To dlatego jego małomiasteczkowy świat jest tak wiarygodny. On nie jest wymyślony z niczego, tylko zbudowany z obserwacji.

HS: I właśnie to jest jeden z najbardziej rozpoznawalnych elementów jego pisania. King miesza miasta prawdziwe i fikcyjne, ale robi to tak, że czytelnik wierzy w spójność całego uniwersum. Derry, Castle Rock, Jerusalem’s Lot czy Chamberlain stają się częścią większej mapy.

DM: Dla mnie małomiasteczkowy King jest najbardziej atrakcyjny właśnie dlatego, że daje poczucie wejścia do świata, który z pozoru jest zwyczajny. W małym mieście rytm życia jest wolniejszy, łatwiej wejść w relacje między bohaterami, zajrzeć do ich domów, zobaczyć, co kryje się za ścianą. A to bywa dużo bardziej niepokojące niż każdy potwór.

JM: W małym miasteczku wszyscy wiedzą o sobie bardzo dużo, ale jednocześnie pewne sprawy pozostają nietykalne. Wszyscy przeczuwają, że dzieje się coś złego, tylko nikt nie reaguje. Taka zbiorowa zmowa milczenia jest bardzo kingowska.

HS: I chyba dlatego te miasteczka bywają u niego osobnymi bohaterami. Nie są wyłącznie tłem dla fabuły. One żyją, mają własną pamięć, własny rytm i własne demony.

DM: W dużym mieście łatwo kogoś ominąć, wybrać inny sklep, inną trasę, inne towarzystwo. W małym miasteczku nie zawsze się da. Tam konflikty się kumulują, relacje się zapętlają, a to, co niewypowiedziane, zaczyna ciążyć wszystkim.

Groza, która wyrasta z ludzi

HS: Derry różni się jednak od innych miejsc u Kinga. To nie jest tylko małe miasto z sekretami. To przestrzeń przesiąknięta złem. Niemal od samego początku swojego istnienia. Czy właśnie to czyni je tak wyjątkowym?

JM: Zdecydowanie tak. W „To” bardzo wyraźnie wybrzmiewa pytanie, czy całe miasto może być nawiedzone. Nie dom, nie ulica, nie pojedyncza piwnica, ale całe miejsce. Derry funkcjonuje tak, jakby spowijała je mgła: dorośli nie dostrzegają tego, co powinni widzieć, przemoc staje się codziennością, a zło pozostaje niewidzialne dla świata zewnętrznego.

Najmocniejsze jest to, że King nie mówi: "tylko w Derry istnieją rasizm, homofobia czy przemoc". On pokazuje raczej, że w Derry tego wszystkiego jest więcej i że miasto to wzmacnia. Zło nie bierze się wyłącznie z Pennywise’a, ale Pennywise sprawia, że najgorsze cechy ludzi mogą rosnąć bez kontroli.

DM: Dla mnie przełomowy był moment, kiedy zrozumiałem, jak precyzyjnie King buduje tę opowieść. Na początku dostajemy opisy, które mogą wydawać się zbędne - przyroda, układ terenu, konkretne miejsca. Dopiero później okazuje się, że wszystko ma sens. Te szczegóły nie są ozdobą; one przygotowują grunt pod to, czym naprawdę jest Derry i co kryje się pod nim.

HS: A jednocześnie „To” jest chyba książką, w której King najmocniej miesza horror z tematami społecznymi. Z jednej strony mamy klauna i dziecięce lęki, z drugiej przemoc domową, szkolne nękanie, rasizm, obojętność dorosłych, seksualność i dojrzewanie.

JM: Właśnie to lubię u Kinga najbardziej. Fantastyka i horror nie służą mu do ucieczki od rzeczywistości, tylko do jej wyostrzenia. To, co naprawdę boli w „To”, często nie ma twarzy potwora. To ma twarz rodzica, nauczyciela, rówieśnika, sąsiada. I dlatego ta książka działa tak mocno - bo te lęki są prawdziwe.

DM: Zestawienie potwora z bardzo ludzkim okrucieństwem podnosi stawkę. Czy bardziej przeraża nas wielki ptak, wilkołak czy trędowaty? A może człowiek, który stosuje przemoc wobec dziecka? Dla mnie najbardziej przerażające jest właśnie to, że zło bywa zwyczajne i rozpoznawalne.

HS: To chyba też dlatego ta książka się nie starzeje. Nieważne, czy czytamy ją jako opowieść osadzoną w latach 50., czy oglądamy filmowe wersje z innym tłem czasowym - problemy, które w niej siedzą, są wciąż aktualne.

Przyjaźń jako druga strona tej historii

HS: A jednak „To” nie jest tylko książką o strachu. To również jedna z najpiękniejszych opowieści o dziecięcej przyjaźni w całej twórczości Kinga.

DM: Tak, i właśnie ten kontrast jest tu kluczowy. Z jednej strony mamy brutalny świat, z drugiej grupę dzieci, które znajdują siebie nawzajem i tworzą coś niezwykle czystego. W Kingowskich paczkach przyjaciół jest coś bardzo poruszającego. To widać nie tylko w „To”, ale też choćby w „Ciele”.

Jest w tym tęsknota za okresem, kiedy przyjaźń powstaje prościej: jesteś obok, rozumiesz mnie, jesteś lojalny i to wystarcza. Dorośli zwykle już tak nie potrafią. Dlatego czytając o Klubie Frajerów, łatwo pomyśleć: nie chcę żyć w Derry, ale chciałbym mieć takich przyjaciół.

JM: Dokładnie. To jedna z najbardziej poruszających rzeczy w tej powieści. Zło jest ogromne, ale równie ogromna jest więź między bohaterami. I właśnie dlatego zakończenie tej historii jest tak bolesne - bo kiedy przychodzi uwolnienie, przychodzi też utrata.

HS: To dla mnie jeden z najmocniejszych finałów u Kinga. Bohaterowie zostają do siebie przyciągnięci przez coś większego od nich, ale to nie unieważnia prawdziwej przyjaźni, która rodzi się po drodze. Kiedy wszystko się kończy, zostaje poczucie, że wraz ze zwycięstwem coś bezpowrotnie odchodzi.

Pennywise na ekranie

HS: „To” doczekało się kilku ekranizacji, ale dla większości widzów najważniejsze są dwie odsłony: miniserial z 1990 roku i filmy Andy’ego Muschiettiego z lat 2017 i 2019. Który Pennywise jest wam bliższy?

JM: Jeśli chodzi o samą postać, bliższy jest mi Tim Curry. Jest prostszy, bardziej ludzki i właśnie dlatego bardziej niepokojący. Bill Skarsgard jest z kolei bardziej spektakularny, dziwniejszy, mocniej „potworny”. To działa inaczej.

Sama stara ekranizacja nie do końca do mnie trafia. Może dlatego, że oglądałam ją dużo później, już po zmianie wrażliwości widza i języka kina. W nowej wersji bardziej przemawia do mnie obsada, estetyka i sposób prowadzenia historii.

DM: Ja zacząłem od nowej wersji i powrót do tej starej był dla mnie trudny. Skarsgard mocniej do mnie przemawia, bo wpisuje się w ten współczesny język grozy. To nie znaczy, że jest straszniejszy dla każdego, ale jest bardzo sugestywny, nawet jeśli bardziej działa obrazem i ruchem niż czymś „zwyczajnym”.

HS: Ja lubię obie wersje. Tim Curry jest ikoną, ale Bill Skarsgard zaskoczył mnie skalą oddziaływania. Przy premierze nowego filmu wiele osób sądziło, że nikt nie przebije Curry’ego w popkulturze, a jednak nowy Pennywise bardzo mocno zapisał się w zbiorowej wyobraźni. Pojawiło się też pytanie, które zawsze wraca przy „To”: czy w ogóle boicie się klaunów?

JM: Nigdy się nie bałam i nadal się nie boję. Klauni nie kojarzyli mi się z traumą, raczej z czymś oswojonym kulturowo, czasem dziwnym, ale niekoniecznie strasznym.

DM: U mnie podobnie. Bardziej boję się form, które Pennywise może przyjąć. Jeśli miałbym wskazać coś naprawdę przerażającego, byłby to pająk. W tym względzie jestem kompletnie nieoryginalny.

HS: Ja dla odmiany powiedziałbym: dentysta. To byłaby forma idealnie skrojona pod moje lęki.

„Witajcie w Derry”. Serialowe rozwinięcie świata „To”

HS: Na koniec porozmawiajmy o serialu „Witajcie w Derry”. To nie jest klasyczna ekranizacja powieści, ale rozwinięcie świata „To”, mocno osadzone w interludiach, czyli w tej części książki, w której Mike Hanlon spisuje krwawą historię miasta i wcześniejsze cykle przebudzeń zła.

JM: I właśnie to uważam za największy atut serialu. Obawiałam się powtórki z filmu - kolejnej grupy dzieci kontra Pennywise. Tymczasem dostaliśmy coś innego: opowieść bardziej rozproszoną, bardziej nastawioną na historię Derry, a nie tylko na odtworzenie znanego schematu.

Podoba mi się też to, że serial bywa wizualnie odważny, momentami wręcz obrzydliwy. Niektóre pomysły są bardzo efektowne. Mam natomiast problem z wątkiem wojska i z sugestią, że zewnętrzny świat wie o Derry więcej, niż powinien. To trochę osłabia poczucie izolacji miasta.

DM: Ja właśnie przez ten wątek jestem dużo bardziej sceptyczny. W pierwszym odcinku widziałem ogromny potencjał, ale później zacząłem mieć poczucie nadmiaru. Za dużo strachów, za dużo scen budowanych jak jumpscare, za mało samego miasteczka i jego społecznej tkanki. Dla mnie groza działa najlepiej wtedy, gdy wynika z atmosfery, a nie z częstotliwości potwornych atrakcji.

HS: Ja bawię się na tym serialu naprawdę dobrze. Widzę jego słabsze strony, dostrzegam momenty gorszego CGI czy przesadę w liczbie strachów, ale nie przeszkadza mi to aż tak bardzo. Podoba mi się, że twórcy próbują opowiedzieć coś więcej niż tylko kolejną wariację na temat starcia z Pennywisem. Budują tajemnice, zostawiają tropy, próbują rozszerzyć to uniwersum.

Najważniejsze chyba jest jednak to, że serial prowokuje do rozmowy. A to w przypadku świata Kinga zawsze jest dobry znak. Jeśli po seansie wracamy do książki, do Derry, do pytań o zło, pamięć miejsca i dziecięce lęki, to znaczy, że ta historia wciąż działa.

Lubelskie Targi Książki odbędą się w dniach 25-27 września 2026 na terenie Targów Lublin.