Katarzyna Bonda: „Kryminał to lustro rzeczywistości i medykament na przebodźcowanie”. Wielki powrót do Lublina
„Matka założycielka” współczesnego polskiego kryminału, Katarzyna Bonda, powraca do Lublina, by w szczerej rozmowie z Agatą Koss-Dybałą odsłonić kulisy swojej najnowszej serii z Leną Silewicz, znaną jako „Mała Siela”. Autorka opowiada o ewolucji gatunku, który przestał być tylko rozrywką, a stał się lustrem diagnozującym naszą rzeczywistość
W wywiadzie Bonda zdradza, dlaczego we współczesnych historiach najbardziej „kręcą” ją emocje, jak wygląda jej „pisarska jaskinia”, w której tworzy w spodniach w renifery, oraz dlaczego uważa, że każde zło rodzi się ze słabości, a nie z siły. Nie zabraknie również lubelskich akcentów. Autorka dzieli się swoimi wspomnieniami z Radia Lublin oraz zdradza, gdzie na lubelskiej Starówce można zjeść najlepsze żeberka. Zapraszamy do lektury rozmowy o sile kobiecej wrażliwości w męskim świecie policji i o tym, dlaczego dobra opowieść jest dziś najlepszym medykamentem na przebodźcowanie.
Agata Koss-Dybała: Kasiu, po latach znów spotykamy się w Lublinie. Pamiętam Twoje wizyty w Radiu Lublin, zawsze w tych charakterystycznych sukienkach i czerwonym berecie, który, jak żartowałyśmy, miał budować dystans. Dziś jednak widzę Cię w zupełnie innym wydaniu. Czy to znak nowej ery w Twojej twórczości?
Katarzyna Bonda: To prawda, czerwony beret służył mi kiedyś jako tarcza, pewnego rodzaju pancerz. Dzisiaj co prawda przyjechałam do Lublina w spodniach, robiąc Ci małego psikusa, ale specjalnie na spotkanie z czytelnikami włożyłam sukienkę, żeby tradycji stało się zadość. Lublin jest dla mnie miastem szczególnym. Wierzę w to miejsce, widzę, jak niesamowicie się rozwija, od kultury po sport i siatkówkę, i zawsze chętnie tu wracam, bo czuję, że moja praca ma tutaj sens i spotyka się z niesamowitą energią.

Jesteś nazywana „matką założycielką” odrodzenia polskiego kryminału. Przez ostatnie dwie dekady ten gatunek przeszedł w Polsce niesamowitą drogę, często wypierając tzw. literaturę wysoką. Jak Ty postrzegasz tę ewolucję i swoją w niej rolę?
Możecie mówić do mnie „matko” (śmiech). Kryminał przestał być tylko rozrywką. Stał się gatunkiem, który diagnozuje naszą rzeczywistość i pokazuje ją niczym w lustrze. Kiedyś kładliśmy nacisk na edukację, na technikę kryminalistyczną i psychologię, bo to było potrzebne społeczeństwu. Dziś rynek jest nasycony, a to, co mnie najbardziej interesuje, to emocje. Współczesna opowieść musi być zmysłowa, szybka i pozbawiona dawnych dłużyzn, by móc rywalizować o czas czytelnika ze streamingami czy mediami społecznościowymi. Wierzę, że za jakiś czas książka stanie się rodzajem medykamentu, który pozwoli nam oderwać się od przebodźcowanej rzeczywistości.
Twoja najnowsza bohaterka, Lena Silewicz, znana jako „Mała Siela”, to postać, która idzie pod prąd policyjnemu szowinizmowi. Jest nieoczywista, naznaczona traumą, ale niezwykle zdeterminowana.
Lena ma 27 lat, mogłaby być moją córką. Chciałam stworzyć „nową dziewczynę naszych czasów”, waleczną, prawdziwą, a jednocześnie kruchą. Siela jest alopecjanką, nie ma włosów, a na czaszce posiada wytatuowany maoryski wzór, który ma ją czynić twardszą w oczach otoczenia. Inspiracją dla niej była prawdziwa historia córki pewnego oficera, która wbrew marzeniom ojca rzuciła studia, by wstąpić do policji. Lena nie jest idealna. Ma „syndrom oszustki”, popełnia błędy i nieustannie musi udowadniać ojcu oraz braciom, że nie wspina się po ich plecach. W rozwiązywaniu zagadek wspiera ją mentor, profesor Piotr Chomczyński, prawdziwa postać ze świata kryminologii, którą włączyłam do książki.
Siela pracuje w Wydziale Wsparcia Ofiar i Świadków. Choć to fikcyjna komórka, wydaje się odpowiedzią na realne braki w systemie.
Takiego wydziału w Polsce nie ma, choć policjanci przyznają, że jest niezwykle potrzebny jako koordynator opieki nad skrzywdzonymi osobami. Siela potrafi przytulić ofiarę, zachowując przy tym profesjonalizm, co pokazuje, że można wykonywać twardy zawód, nie tracąc kobiecej wrażliwości. Co ciekawe, obecnie większość podań do policji składają kobiety, co zmienia oblicze tej służby, choć młode policjantki często spotykają się z surowością starszych koleżanek-szefowych.
W serii, którą tworzą Kolekcjoner lalek, Czarodziej śmierci i Żniwiarz cienia, Sieli towarzyszy Noa. Ten duet to starcie dwóch światów: procedur i wolności, jaką daje internet.
Postać Noa wymyśliła moja córka. To podcaster zainspirowany twórcami true crime z USA, którzy czasem balansują na granicy prawa, by zdobyć informacje. Podczas gdy Lena działa w ramach struktur i zasad, Noa operuje w „nanosferze” i może niemal wszystko. Łączy ich jednak ta sama, głęboko skrywana wrażliwość. Ich relacja nie jest łatwa. On ją denerwuje, a ich cele często się wykluczają, co świetnie napędza fabułę.

W Twoich książkach zło nie jest „mitologiczne”. Twoi mordercy to ludzie z sąsiedztwa, a ich motywy biorą się ze słabości.
Dokładnie. Każda zbrodnia bierze się ze słabości, z nieumiejętności powstrzymania frustracji czy gniewu. Chcę, żeby czytelnik wszedł do głowy drapieżcy, zrozumiał jego genezę i zobaczył świat jego oczami. Często są to ludzie, którzy na co dzień pomagają sąsiadom nosić zakupy i zawsze mówią „dzień dobry”. W Żniwiarzu cienia pojawia się też fascynująca postać „Babci Rambo”, dojrzałej kobiety, która odparła atak drapieżcy, bo potrafiła posługiwać się bronią. To postać oparta na faktach, co tylko potwierdza, że prawdziwe życie bywa bardziej zaskakujące niż fikcja.
Jak wygląda Twój „pisarski zapis”? Podobno Twój gabinet zamienia się wtedy w miejsce niedostępne dla osób postronnych, niemal w jaskinię?
Kiedy piszę, staję się „totalnym świrem”. Mój gabinet wygląda jak legowisko jaskiniowca, wielki stół zawalony papierami, których nikt nie może dotknąć. Mój mundur pisarski to spodnie w renifery, bluza w pingwiny i włochate kapcie, bo zawsze jest mi zimno. W tym stanie potrafię siedzieć po kilkanaście godzin dziennie. Nie lubię wtedy nawet jeść, bo jedzenie to dla mnie czysta przyjemność, a praca to misja i całkowite emocjonalne wyczerpanie.
Ale po pracy, w Lublinie, masz swoje ulubione kulinarne rytuały? Słyszałam, że nie jesteś wegetarianką?
O tak! Zawsze byłam żarłokiem i jedzenie jest dla mnie kluczowe. W Lublinie mam swoją absolutnie ulubioną restaurację na Starówce „Od Kuchni”. Serwują tam genialne żeberka, na które zamierzam się wybrać zaraz po naszym spotkaniu. Właściciel tej restauracji to człowiek, który naprawdę zna się na swojej robocie.
Jesteś też wielką fanką audiobooków. Czy to według Ciebie przyszłość literatury?
Jestem maniaczką audiobookową. Słucham książek podczas spacerów z psem, gotowania czy w podróży. Szczególnie cenię interpretacje Filipa Kosiora. To pozwala mi być na bieżąco z twórczością innych autorów, choćby Izabeli Janiszewskiej czy Wojciecha Chmielarza. Ale jeśli książka naprawdę mnie zachwyci, jak Pielgrzym Terry’ego Hayesa, muszę ją mieć w papierze, by móc jej dotykać. W literaturze cenię surowość Ferdinanda von Schiracha oraz thrillery Jo Nesbø, zwłaszcza jego powieści spoza serii o Harrym Hole, jak Królestwo.
Na koniec wspomnijmy o Twoich początkach, o Polskich morderczyniach, które pisałaś będąc w ciąży. Ta determinacja towarzyszy Ci do dziś?
To prawda, wtedy wielu myślało, że jestem wariatką. Ale ta „blondynka”, jak mnie czasem postrzegano, udowodniła, że potrafi pisać świetną literaturę. Dziś jestem dumna, że po tych wszystkich latach nadal tu jestem, a wy przyszliście się ze mną spotkać. Życzę wam, byście po lekturze Żniwiarza cienia czuli się emocjonalnie znokautowani, bo po to właśnie sięgamy po kryminał. Czytajcie, słuchajcie i do zobaczenia przy kolejnych historiach!
