Organizator:

Andrzej Pilipiuk na Lubelskich Targach Książki. co dalej z Jakubem Wędrowyczem?

Podziel się

Kiedy ukaże się kolejny tom przygód Jakuba Wędrowycza? Czy bohaterowie Andrzeja Pilipiuka trafią na ekrany kin i do gier komputerowych? Skąd pisarz czerpie pomysły na kolejne historie i jak wykorzystuje swoje archeologiczne wykształcenie? O tym wszystkim autor opowiadał podczas Lubelskich Targów Książki 2026. Spotkanie poprowadził Błażej Pasternak, a w drugiej części rozmowy pytania zadawali również czytelnicy.

W Wojsławicach powstaje muzeum związane z Jakubem Wędrowyczem. Na jakim etapie są przygotowania do jego otwarcia?

Andrzej Pilipiuk: Muzeum nie jest jeszcze oficjalnie otwarte, ponieważ czekamy na odbiór techniczny budynku. Natomiast jeśli ktoś zabłąka się do Wojsławic, może już zajrzeć i zobaczyć, co udało nam się przygotować. Mój kuzyn Marek chętnie oprowadzi zainteresowanych.

Mamy już 22 gabloty, w których prezentujemy rozmaite pamiątki, ciekawostki i przedmioty związane z historią naszej okolicy. Budowaliśmy to wszystko przez ponad pięć lat. Dzięki datkom od odwiedzających, sprzedaży gadżetów i własnym środkom udało się stworzyć naprawdę interesującą ekspozycję.

Nie jest to muzeum poświęcone wyłącznie Jakubowi Wędrowyczowi. Przede wszystkim skupiamy się na historii Wojsławic i okolic. Oczywiście znajdzie się również miejsce dla Wędrowycza, a nawet niewielka ekspozycja bimbrownicza, na którą składa się kilka aparatur w różnym stanie zachowania.

Mam nadzieję, że w przyszłym roku będziemy już po oficjalnym otwarciu i każdy będzie mógł normalnie zwiedzać muzeum.

Którą ze swoich książek najchętniej zobaczyłby Pan na ekranie?

Najbardziej chciałbym zobaczyć wysokobudżetową ekranizację „Oka Jelenia”. Chociaż może wystarczy poczekać jeszcze dziesięć lat, poprosić sztuczną inteligencję i zekranizuje nam to bez wielkiego budżetu i fochów reżyserów.

Czytelnicy z pewnością chcieliby obejrzeć ekranizację przygód Jakuba Wędrowycza. Mogę powiedzieć, że pewne działania w tym kierunku są podejmowane i liczę, że niebawem przyniosą rezultaty.

Chętnie zobaczyłbym również serial o doktorze Pawle Skórzewskim albo Robercie Stormie. Wydaje mi się, że większość tego, co napisałem, nadaje się do ekranizacji w takiej czy innej formie. Czekam więc na konkretne propozycje.

Jest Pan z wykształcenia archeologiem. Jak ta wiedza pomaga w tworzeniu literackich światów, szczególnie w opowieściach o Robercie Stormie i doktorze Skórzewskim?

Studia archeologiczne, w przeciwieństwie do historycznych, w dużym stopniu koncentrują się na przedmiotach codziennego użytku. Próbujemy zrozumieć, jak kiedyś żyli ludzie, do czego służyły poszczególne rzeczy i co można wywnioskować z ich pozostałości.

Dobry archeolog musi być po trochu etnografem i antropologiem. Kiedy prowadziliśmy wykopaliska w Płocku, znajdowaliśmy na przykład kości zwierząt, które dawni mieszkańcy po prostu wyrzucili po posiłku. Analizując je, mogliśmy dowiedzieć się czegoś o ich diecie i warunkach życia.

Znaleźliśmy również piwnicę budynku, który spłonął podczas potopu szwedzkiego. Był tam zgnieciony garnek z ośćmi ryby. Ktoś prawdopodobnie odłożył sobie jedzenie na później, ale nigdy już po nie nie wrócił.

Takie odkrycia pozwalają zobaczyć zwyczajnego człowieka. Historia często opowiada o wodzach, uczonych i wielkich wydarzeniach, natomiast archeologia pokazuje życie zwykłych ludzi. I właśnie to staram się przenosić do moich książek.

Robert Storm poszukuje różnych skarbów, ale często zamiast czegoś niezwykle cennego znajduje ślady życia zupełnie zwyczajnych ludzi. To właśnie optyka archeologa.

Pomaga mi również zainteresowanie historią sztuki. Jeśli chcę osadzić fabułę około 1570 roku, jak w przypadku „Oka Jelenia”, oglądam obrazy z epoki. Sprawdzam, jakie naczynia stały na stołach, jak wyglądały okna, buty czy elementy ubioru. Z takich szczegółów powstaje wiarygodny obraz przeszłości.

Czy możemy spodziewać się kolejnych przygód Jakuba Wędrowycza?

Oczywiście! Planuję kolejny kredyt hipoteczny, więc muszę napisać coś, co pomoże mi go spłacić. A Wędrowycz całkiem nieźle spłacał moje kredyty w przeszłości.

Przypuszczam, że dwunasty tom ukaże się za półtora roku albo dwa lata. Mam już gotowe dwa pierwsze opowiadania. Są krótkie, ale myślę, że z jajem i morałem. Cały zbiór powinien liczyć około dwudziestu tekstów.

Problem polega na tym, że napisałem już 167 opowiadań o jednym dziadzie. Wymyślenie mu kolejnych przygód staje się coraz trudniejsze, bo Jakub był już niemal wszędzie i walczył chyba z każdym.

Niedawno redaktorka przygotowująca zbiorcze wydanie opowiadań uświadomiła mi, że w moim dorobku są dwa zupełnie różne teksty zatytułowane „Dziadek”. Sam już o tym nie pamiętałem! W nowym zbiorze będą więc funkcjonować jako „Dziadek 1” i „Dziadek 2”.

Ale spokojnie, Wędrowycz powróci. Będą również dalsze przygody Roberta Storma i doktora Skórzewskiego. Nie zapominam o swoich czytelnikach.

W 2027 roku odbędzie się dwudziesta edycja Dni Jakuba Wędrowycza. Czy z tej okazji przygotowuje Pan coś specjalnego?

Wypadałoby napisać dwunasty tom, ale obawiam się, że mogę nie zdążyć. Na pewno jednak spróbujemy wymyślić coś ciekawego.

Impreza będzie, jak zawsze, po byku, a może nawet jeszcze bardziej. Mam pełne zaufanie do głównego organizatora, mojego kuzyna Marka, który zawsze ma świetne pomysły. Jak nie rzut broną, to gra terenowa. Na pewno będzie jakaś niespodzianka. Serdecznie wszystkich zapraszam.

Niedawno ukazała się „Historia Alternatywna”. Skąd pomysł, żeby pokazać inną wersję dziejów Polski?

Wszystko zaczęło się jeszcze przed pandemią, kiedy poznałem Andrzeja Dolniaka. Wspólnie z jego synem wpadli na pomysł zorganizowania konwentu poświęconego historiom alternatywnym. Chcieliśmy połączyć środowisko miłośników historii z fanami fantastyki i zastanowić się, jak inaczej mogły potoczyć się nasze dzieje.

Na potrzeby konwentu w Zabrzu przygotowaliśmy między innymi fikcyjny podręcznik szkolny ze świata, w którym Polska wygrała II wojnę światową. Wyglądał jak autentyczna książka do historii, miał odpowiednie oznaczenia, pieczątki i informacje o dopuszczeniu do użytku szkolnego. Tyle że pochodził z innej, alternatywnej rzeczywistości.

Wydaliśmy kilkaset egzemplarzy, które bardzo szybko znalazły czytelników. Pomysł spodobał się również Fabryce Słów i tak powstała „Historia Alternatywna”.

To bardziej optymistyczna wizja polskich dziejów, obejmująca okres od dwudziestolecia międzywojennego do 1959 roku. Chciałem pokazać, co nasi przodkowie mogliby osiągnąć, gdyby w pewnych momentach podjęli inne decyzje.

W wielu historiach alternatywnych przeszkadzało mi to, że wszystko szło bohaterom zbyt łatwo. Brakowało wiarygodności. Dlatego u mnie nie wszystkie przedsięwzięcia kończą się sukcesem. Są porażki, błędy i trudne decyzje.

Wychodziłem z założenia, że trochę dostaniemy baty, ale ostatecznie wygramy. Sprytem, zdrowym rozsądkiem i ogromnym wysiłkiem.

Czy są jeszcze epoki lub wydarzenia historyczne, które chciałby Pan wykorzystać w kolejnych książkach?

Chciałbym napisać powieść historyczno-przygodową o semigalsko-kurlandzkiej kolonizacji wyspy Tobago. Przy okazji mógłbym wreszcie wyjaśnić, co stało się z okrętem, którego Robert Storm bezskutecznie szuka od wielu tomów.

Pomysłów mam bardzo dużo i cały czas je zapisuję. Pracuję również nad nowym cyklem o trollach, przeznaczonym dla dzieci w wieku od 9 do 13 lat. Cztery pierwsze tomy są już napisane. Docelowo seria może liczyć dwanaście, a nawet piętnaście części. Premiera planowana jest na majowe targi książki w Warszawie.

Jakie książki sam Pan czyta? Czy fantastyka jest Pana ulubionym gatunkiem?

Muszę się przyznać, że zasadniczo nie przepadam za fantasy. Nie przebrnąłem przez Tolkiena, a z twórczości Sapkowskiego przeczytałem tylko kilka pierwszych opowiadań.

Mogę natomiast polecić „Tkacza iluzji” Ewy Białołęckiej, „Achaję” Andrzeja Ziemiańskiego czy „Pana Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza. Bardzo cenię też Marka S. Huberatha. Dla mnie to pierwsza liga polskiej fantastyki.

Najwięcej inspiracji czerpię jednak z literatury historycznej i archeologicznej. Historia to wielki śmietnik, z którego można pozyskać naprawdę ogromne ilości fajnych surowców wtórnych.

Bardzo lubię również biografie i dzienniki. Dzienniki mają tę przewagę nad wspomnieniami, że powstają na bieżąco. Autor nie wie jeszcze, które wydarzenia okażą się ważne, dlatego zapisuje rzeczy, których później próżno szukać w opracowaniach historycznych.

Czytałem na przykład dziennik okupacyjny Zenona Waśniewskiego, grafika i poety z Chełma. Zapisywał między innymi, o czym plotkowali ludzie na bazarze w pierwszych miesiącach niemieckiej okupacji. To niezwykle cenny materiał, który przydał mi się podczas pisania.

Podobnie jest ze wspomnieniami zwykłych ludzi. Kiedyś namówiłem dziewięćdziesięcioletnią mieszkankę Wojsławic do spisania wspomnień. Opowiedziała między innymi, jak podczas okupacji pito kawę. Ponieważ cukier był bardzo drogi i trudno dostępny, wsypywano go odrobinę na dno filiżanki, ale nie mieszano. Większość kawy była gorzka, dopiero ostatnie łyki smakowały słodko, jak przed wojną.

Takie drobiazgi są bezcenne. Kiedy umieszczam autentyczny szczegół w opowiadaniu, historia od razu staje się bardziej wiarygodna.

Napisał Pan również wiele kontynuacji przygód Pana Samochodzika. Dlaczego zdecydował się Pan zakończyć tę współpracę?

To była bardzo dobra praca, szczególnie na początku mojej kariery. Byłem wtedy jeszcze na studiach, sytuacja na rynku pracy była trudna, a pisanie kolejnych tomów pozwalało mi zarabiać na życie.

Pisałem nawet cztery książki rocznie. Łącznie powstało dziewiętnaście tomów w ciągu pięciu lat.

W pewnym momencie zorientowałem się jednak, że gdybym napisał tyle samo książek fantastycznych pod własnym nazwiskiem, miałbym już solidnie zbudowaną karierę. Tymczasem kontynuowanie cudzej serii, choć przyjemne i dochodowe, nie rozwijało mnie jako samodzielnego autora.

Bardzo dobrze wspominam wydawców i tę współpracę, ale przyszedł moment, w którym trzeba było pójść własną drogą.

Jak to możliwe, że po tylu latach nadal ma Pan pomysły na kolejne opowiadania o Wędrowyczu? Czy nigdy nie brakuje Panu weny?

Na wenę mogli czekać Mickiewicz i Słowacki. Ja mam kredyty do spłacenia, więc nie mogę sobie pozwolić na czekanie. Trzeba pisać!

A poważnie mówiąc, to kwestia dyscypliny. Zapisuję wszystkie pomysły, nawet te najgłupsze. Potem nad nimi pracuję. Czasami z dwóch zupełnie bezsensownych pomysłów można stworzyć jeden całkiem dobry.

Wędrowycz jest zresztą bohaterem, który pozwala na wyjątkowo dużo. Można umieścić go w najbardziej absurdalnych sytuacjach i nadal będzie to pasowało do jego świata.

Kiedyś napisałem opowiadanie, w którym Jakub i Semen po pijanemu wykopali tunel do Australii. Jarosław Grzędowicz, ówczesny redaktor naczelny „Feniksa”, odrzucił ten tekst, uznając, że nawet jak na fantastykę jest zbyt absurdalny.

Opowiadanie ostatecznie ukazało się w zbiorze. Okazało się więc, że z czytelnikami można żartować trochę bardziej, niż początkowo zakładają redaktorzy.

Jak wygląda Pana warsztat pisarski? Czy pracuje Pan nad kilkoma książkami jednocześnie?

Zazwyczaj skupiam się na jednej książce, ale równocześnie zapisuję pomysły, dialogi i fragmenty scen, które mogą przydać się w innych historiach.

Nie piszę jednak zawsze od początku do końca. Jeśli utknę na jakiejś scenie, a wiem, co powinno wydarzyć się później, przechodzę do kolejnego fragmentu. Dopiero potem uzupełniam luki.

Zdarza się, że gotowe opowiadanie składam z pięciu, sześciu czy nawet dziesięciu osobnych części. Najważniejsze, żeby zachować chronologię i logiczny ciąg wydarzeń.

Często najpierw wymyślam zakończenie, a dopiero później zastanawiam się, jak bohaterowie mają do niego dotrzeć.

Staram się też nie marnować dobrych pomysłów. Jeśli jakiś fragment wypada z jednego tekstu, może przydać się w innym. Jarosław Grzędowicz powiedział mi kiedyś, że u mnie jest jak w nowoczesnej rzeźni: nic się nie marnuje.

Podczas spotkania wspominał Pan również o opowiadaniu związanym z meteorytami w Morasku. Jak powstał ten pomysł?

Dostałem prośbę o napisanie czegoś związanego z meteorytami w Morasku. Trochę się z tym męczyłem, ale ostatecznie powstało opowiadanie z Jakubem Wędrowyczem.

Jego bohaterami są prehistoryczni myśliwi żyjący w okolicach dzisiejszego Poznania. Chcieliby zdobyć lepszą broń, ponieważ konkurencyjna grupa posiada żelazny grot wykonany z meteorytu.

Szaman i wódz postanawiają więc wezwać pomoc z przyszłości. Ich telepatyczny sygnał dociera do Jakuba Wędrowycza, który podpowiada im zaklęcie pozwalające sprowadzić własny meteoryt.

Problem w tym, że myśliwi uznają, iż jeden meteoryt to za mało. Postanawiają sprowadzić ich więcej i sami doprowadzają do katastrofy.

To takie wesołe opowiadanie, które przy okazji trochę piętnuje ludzką chciwość. Chciałem, żeby miało choć minimalne przesłanie moralne.

Coraz częściej mówi się o wykorzystaniu sztucznej inteligencji w literaturze. Jakie jest Pana stanowisko?

Na obecnym etapie nie uważam sztucznej inteligencji za szczególnie dobre narzędzie do pracy literackiej.

Kilka razy korzystałem z niej, żeby sprawdzić pewne szczegóły historyczne, ale uzyskane odpowiedzi traktowałem jedynie jako wskazówki do dalszej weryfikacji w książkach i innych źródłach.

Próbowałem również sprawdzić, co sztuczna inteligencja wie o moich własnych książkach. Otrzymywałem tak dziwaczne streszczenia, pełne błędów, że trudno było mi zaufać jej w bardziej skomplikowanych kwestiach historycznych.

Jeśli chodzi o samo tworzenie literatury, jestem zdecydowanie przeciwny zastępowaniu autora przez sztuczną inteligencję. Wolę korzystać z własnej głowy, pamięci i wyobraźni.

Widzę natomiast pewne możliwości w wykorzystaniu AI do ilustracji czy efektów filmowych. W „Historii Alternatywnej” część obrazów została wygenerowana w ten sposób, chociaż staraliśmy się przede wszystkim korzystać z autentycznych fotografii z epoki.

W przypadku filmu najważniejszy jest jednak dobry scenariusz. Dopiero później można wykorzystywać technologię do tworzenia krajobrazów, wnętrz czy efektów specjalnych.

Sztuczna inteligencja jako uzupełnienie naszej naturalnej inteligencji? Tak. Ale kiedy zacznie nas zastępować, zwłaszcza nieudolnie, pojawi się problem.

Czy istnieją plany stworzenia gry komputerowej z Jakubem Wędrowyczem?

Są pewne przymiarki, ale na razie trudno powiedzieć, co z nich wyniknie. Podobnie wygląda sytuacja z ekranizacją. Mam nadzieję, że uda się zrealizować choćby film krótkometrażowy.

Myślę również o reaktywacji dawnej gry karcianej z Wędrowyczem, którą wydawała Walkiria. Była bardzo dobrze przyjmowana przez graczy, ale projekt zakończył się z przyczyn niezwiązanych z samą grą.

Świat Wędrowycza ma potencjał, żeby funkcjonować w różnych formach, więc zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

A co ze słuchowiskiem z udziałem większej obsady aktorskiej?

Szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym szczególnie. Wiem natomiast, że czytelnicy bardzo chwalą audiobooki.

Pan Pawlak, który je interpretuje, potrafi samodzielnie stworzyć całą plejadę postaci. To naprawdę niezwykła umiejętność. Uważam, że bardzo dobrze radzi sobie z tym zadaniem.

Na zakończenie: skąd właściwie biorą się najbardziej szalone pomysły na przygody Jakuba Wędrowycza?

Czasem z rzeczy zupełnie przypadkowych. Mogę na przykład zmywać naczynia i jednocześnie układać sobie w głowie dialog. Wtedy przerywam pracę, żeby zapisać go w notesie albo na kawałku kartki.

Dobrym przykładem jest opowiadanie o dentystycznym batalionie karnym. Wszystko zaczęło się od wizyty w Empiku. Zobaczyłem na półce z książkami o II wojnie światowej „Oddział chorych na raka” Aleksandra Sołżenicyna. Ktoś najwyraźniej skojarzył słowo „oddział” z wojskiem i postawił książkę w niewłaściwym miejscu.

Zacząłem się zastanawiać, czy można byłoby stworzyć oddział wojskowy złożony z ludzi śmiertelnie chorych, którzy podejmują się samobójczej misji.

Później zobaczyłem w internecie żart, że na pierwszą linię frontu najlepiej wysłać dentystów, bo wszyscy się ich boją.

Te dwa pomysły zaczęły mi się łączyć. Przypomniałem sobie jeszcze oglądane w dzieciństwie filmy o wojownikach ninja i w ten sposób powstała koncepcja sowieckich dentystów ninja, czyli dentystycznego batalionu karnego.

Trzy zupełnie absurdalne inspiracje połączyły się w jedną historię. I właśnie tak często wygląda moja praca. Nigdy nie wiadomo, z czego powstanie kolejne opowiadanie.